Wyznania dunmerskiego amatora skoomy
ic nie porusza Dunmera bardziej niż widok innego Dunmera zniewolonego przez produkt z księżycowego cukru zwany skoomą. Nie ma nic żałośniejszego niż opowieści o upokorzeniach i upadku, jakich doświadcza ofiara tego narkotyku.
Jakie zatem względy kazały mi podzielić się z wami szczegółowym i obszernym opisem mych cierpień i grzechów?
Bo może dzięki tej opowieści wiedza o tym, że istnieje nadzieja na wyjście z tego stanu, zatoczy szersze kręgi. Mam też nadzieję, że inne ofiary uzależnienia od skoomy usłyszą moją historię, historię o rozpaczy i o tym, jak odnalazłem siebie i wyzwoliłem z kajdan, które sam na siebie nałożyłem.
Przecież każdy dobrze poinformowany Khajiit wie, że na uzależnienie od skoomy nie ma lekarstwa. Gdy trunek już kogoś opęta, zniewala go na zawsze. To powszechne przekonanie, i jako takie uważane jest za prawdziwe. Lecz to nieprawda, a ja jestem żywym tego dowodem.
Nie ma cudownego lekarstwa. Żadnej mikstury. Ani magicznego zaklęcia, które uwolni cię od dreszczu wywołanego skoomą płynącą w twojej krwi.
Zrozumienie tego dreszczu, pogodzenie się z pragnieniem odczuwania go i odrzucenie wstydu, który uzależniony czuje, kiedy nie może odsunąć źródła swej jedynej pociechy i przyjemności - wszystko to sprawia, że ofiara może zacząć podejmować wybory, może oddzielić rozpacz od nadziei.
W skrócie: tylko wiedza i akceptacja stają się w rękach niewolnika kluczem otwierającym kajdany i niosącym wolność.